Minęły już prawie trzy tygodnie odkąd przyjechalem do Tokio a wpisu ani widu ani słychu.
Nastawiłem zegar biologiczny na strefę czasową w której jestem, załatwiłem formalności co załatwione być musiały- i tak, na początku trzeciego tygodnia pobytu, w nocy z niedzieli na poniedziałek, siedzę na podłodze sześciomatowego pokoju, który to pokój dzieli ze mną Dsk, którego chwilowo nie ma jednak. Pokój sześciomatowy- czyli sześć razy mata tatami, co niby ma mieć 90x180 centymetrów, ale i gołym okiem widać, że wymiary oszukiwane są. Do mieszkania przynależy jeszcze strefa kuchenna- wyłożona deskami i łazienka segment. O tym czym jest taka łazienka, poza spełnieniem lekorbusierowych snów o maszynie do mieszkania, kiedy indziej.
Mieszkanie znajduje się na drugim piętrze (czyli europejskim pierwszym) i ma okna na dach sąsiada- nie na ścianę domu sąsiada jak mieszkanie piętro niżej, dzięki czemu jest wyjątkowo jasne i przez to też ciepłe, na szczęście. Ogólnie- jest jasno, ciepło i cicho (głównie dlatego, że sąsiedzi wracają późno w noc- wtedy można usłyszeć jak za ścianą wibruje komórka...).
Blisko jest do dworca, co również jest nie do przecenienia, tym bardziej, że przy dworcu (czy też stacji kolejki) jest wszystko, co do życia potrzebne. Są jadłodajnie serwujące zestawy śniadaniowo - obiadowo- kolacyjne (sam zestaw teishoku jest zawsze ten sam, nazwę polską zmienia się w zależności od pory dnia lub nocy), szaszłyki z podrobów, rosół z makaronem, smażone węgorze i tak dalej. Są sklepy całodobowe gdzie można kupić chlebek turecki- tu nazywany chlebkiem z rodzynkami- taki sam jak serwowała świętej pamięci budka z pieczywem przy Międzychodzkiej. Są też wszelkiej maści inne punkty usługowo- handlowe sprzedające kwiaty, warzywa, ryby, materace i kołdry, maty tatami, starocie i prowadzące działalność, której treści mogę się tylko domyślać- jak na przykład sortownia warzyw i owoców(?). Wszystkie te małe sklepiki zajmujące partery domków mijam codziennie w drodze na dworzec, codzinennie też zachwala je kobiecy głos z głośników zamontowanych na latarniach wzdłóż ulicy (głośniki milkną wieczorem). Chwała Opatrzności za umieszczenie, po drugiej stronie linii kolejowej, banku, w którym nie próbowali odstraszyć mnie od założenia konta- jak to miało miejsce w filiach w centrum i sklepu telefonii komórkowej, który posiadał modele komórek na kartę, które w centrym zostały już dawno wykupione.
Czyli, całkiem nieźle trafiłem- wszystko pod ręką, cisza (po sąsiedzku dom spokojnej starości), do dworca blisko, z dworca na uniwersytet niedaleko. I dlatego uważam, że to właśnie shitamachi- przedmieścia, czy też dokładnie oddające znaczenie słowa angielskie down-town, czynią Tokio bardziej przystępnym dla przeciętnego użytkownika. Bo nieprzeciętny użytkownik może kupić sobie apartament na cztedziestym piętrze z balkonem z widokiem na ocean.
Dopisek
Nie umiem jeszcze wczytywać zdjęć, ale się nauczę.

hmmm, a koty? sa jakies? a temperaturowo? chlodnawo, deszczawo, wietrznawo? buzka z nawietrznej od lasu! Li
OdpowiedzUsuńkoty są w ilościach śladowych. są grube. są rude. nie dają się podejść. Pogoda zmieniła się z polskiego złotoletniego końca sierpnia na początek września. znaczy, jest chłodniej, ale nadal ciepło.
OdpowiedzUsuń:)