poniedziałek, 19 sierpnia 2013
dworce powietrzne
Czy nie byłoby wspaniale, gdyby tak nazywać lotniska? Dworce cichsze od dworców kolei żelaznej, przestrzenie w jeszcze bardziej Pomiędzy, wypełnione Ludźmi Drogi.
Przed podniebną podróżą kobiety zeszły na ziemię z wysokości obcasów swoich szpilek do poziomu sportowych sandałów i okładają posadzkę piętami. Krajanie płci obojga obładowani niemiłosiernie bagażem przyzwyczajeń i zapobiegliwości, bagażem, który nie zawsze przechodzi przez gardło przewoźnika wiodącego na Wyspy.
Takie obserwacje prowadzę w Pyrzowicach, pierwszym lotnisku, które odwiedzam w mojej podróży na Wyspy Szczęśliwe. Sam również jestem obserwowany, o czym uświadamia mnie Latająca Holenderka, z uśmiechem mówiąc mi, że wyglądam jakbym nicht genug Geschlafen, co świetnie rokuje co do mojego wyglądu po wylądowaniu na Naricie.
Zanim tam jednak dotrę, spędzam prawie cztery godziny w Monachium, gdzie teraz właśnie wystukuję moją pierwszą (z wielu, mam nadzieję) notkę. Siedzę przy blacie Vitra Lounge (chyba?), zielonej puchatymi dywanami wysepki na granitowej podłodze terminalu numer dwa. Tutaj Ludzie Drogi leżą pokotem pod zielonymi parasolami z siatki, otoczeni przez grafitowe ściany, po których zewnętrznej stronie, przypięci do gniazdek, gnieżdżą się użytkownicy komputerów, tabletów, ultra-booków i innych prądożernych urządzeń. W tym i ja.
Nie wiem, pod jaką kategorię mój blog podpada, może lajfstajlową? Jeżeli tak, powinienem chyba zamieścić tu swoje zdjęcia z lotniskowej kafejki, gdzie Czytelnicy mogliby zobaczyć wcale-nie-niewyspanego mnie, sączącego napój przez słomkę i delektującego się lekturą. Co przypomina mi o wizycie w sklepie z artykułami gospodarstwa domowego, gdzie półki z książkami (bardzo fajnie, uważam, jest uznać książkę za artykuł gospodarstwa domowego), były opisane trzema kategoriami; literatura dziecięca, literatura faktu i literatura piękna. Nie byłem i nie jestem przekonany co do adekwatności tej ostatniej kategorii, reprezentowanej przez Pięćdziesiąt twarzy Graya, serię Zmierzchu i inne tytuły, które można by określić mianem literatury marketingowej (tudzież sprzedajnej, hyhy), gdyby takie określenie istniało. Na zdjęciu moim niezaistniałym, przede mną leżałby Proust (jak na blogu Kasi T.), na przykład, którego lekturą delektowałbym się i zastanawiał się nad doświadczeniem magdalenkowo-herbacianej reminescencji.
Ale nic takiego, Drogi Czytelniku/ Droga Czytelniczko nie uświadczysz, jako że w zupełności wystarczy mi tatowa kanapka, nie zakwestionowana przy odprawie i kropla-bez-kitu, kupiona jeszcze w Ojczyźnie.
Z punktu widzenia stołecznej śmietanki towarzyskiej jestem chyba latającym słoikiem. :D
Dodatek
Kiedy ma się do dyspozycji pół godziny darmowego dostępu do Internetów na niecałe cztery godziny oczekiwania, sporo czasu pozostaje na myślenie.
I myślę sobie całkiem dużo o Truniu i o tym co się tam będzie działo, kiedy ja będę rozmawiał o ekspansji sosu sojowego i sprzątał po tsunami.
Myślę o ludjach, którzy tam na mnie czekają, lub nie, myślę też o sobie, Wojciechu u progu trzeciej dekady życia będącym. Już nie tylko myślę, ale i postanowiłem, że będę się starał przekuwać Myśl w Formę, czego zaczątkiem ma być ten blog oraz projekt dziewięćdziesięciu sześciu klatek, który będę w czasie mojego wyjazdu uskuteczniać.
Tak.
A tu proszę, na początek Lenica i Wozzeck, mój imiennik, co oszalał był
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz