czwartek, 22 sierpnia 2013

Ukrop i cykady

Japońskie lato jest zawsze parne i gorące, chociaż najgorsze upały chyba już minęły. Od przyjazdu do Tokio niebo jest zachmurzone, dzięki czemu nie nabrałem jeszcze barwy sparzonego prosięcia, a dodatkowo pierzyna popielatych chmur nie pozwala na wzrost temperatury powyżej trzydziestu pięciu stopni. Jeżeli chodzi o wilgotność, to nie wiem, ile teraz wynosi, ale wystarczająco dużo, żeby ubrania były ciągle wilgotne. Ciepło i wilgoć pobudza też do działań muzycznych miriady cykad, które koncertują na drzewach, których na terenie Państwowego Pamiątkowego Młodzieżowego Centrum Olimpijskiego jest sporo, jako że stanowi ono właściwie część Parku Yoyogi, który to park można przyrównać do lasu w środku miasta. Nie wiem, jak nazwać dźwięk, które te stworzenia wydają, nie ma on jednak wiele wspólnego z cykaniem sugerowanym przez polską nazwę owada. Rodzajów cykad jest sporo, a każdy z nich hałasuje troszkę inaczej, co można usłyszeć na dwóch nagraniach, które dla was poczyniłem, przechodząc wieczorową porą z budynku głównego do budynku C, gdzie obecnie przebywam. http://youtu.be/VZBRRtdB_Go http://youtu.be/hRZ4wFtsufI Japończycy wrażliwi są na zmiany pór roku i przyrodę wogóle, dzięki czemu ustalili katalog symboli, reprezentujących poszczególne pory roku lub miesiące. Na sierpień przypadają, między innymi, sztuczne ognie i cykady właśnie. Na murkach i pniach drzew można jeszcze znaleźć puste pancerzyki, z których po trzech latach podziemnego życia wyswobodziły się larwy, aby spędzić tydzień skrzydlatego życia na zapewnianiu ciągłości gatunkowi. A muszą się spieszyć, gdyż dorosłe osobniki nie są przystosowane do pobierania pokarmu i po około tygodniu spadają jak ulęgałki na ziemię, gdzie czekają już na nie kruki, którym chyba dobrze służy dieta wysokobiałkowa, sądząc po tym, iż dorastają do gabarytów grubego kota.
Tak wyglądają wylinki japońskich cykad. Wielkość porównywalna ze śliwką węgierką. Cykady czują się wspaniale w szklarnianych warunkach, ludzi już trochę mniej. W czasach, kiedy przewiewność nie jest już cechą numer jeden domu japońskiego, z pomocą przychodzi klimatyzacja, za którą nie przepadam, ze względu na horrendalne różnice temperatur na zewnątrz i wewnątrz pomieszczenia, które można porównać do uczucia, kiedy w upalny dzień otwiera się zamrażalnik. Poza chłodzeniem, które ma zabójczy wpływ na moje gardło i cerę, klimatyzacja posiada tę niezaprzeczalną w japońskich warunkach zaletę, jaką jest odwilżanie. Czasem mam wrażenie, że tylko dzięki temu jestem w stanie widzieć wyraźnie w pomieszczeniu. I nie przesadzam, bo około południa lub po deszczu na zewnątrz panuje takie wysycenie wilgocią, że wszystko jest zasnute białawą mgiełką- jak w saunie. Jest jak w saunie, i jak w saunie wszyscy pocą się potem perlistym. Na szczęście dla mnie i dla mojego nadwrażliwego węchu, w Japonii wysoce rozwinięta jest kultura mycia się, a nie zlewania tanią perfumą dla przyduszenia smrodu, i dlatego czuję głównie zapach drzew eukaliptusowych, opadłych liści wiśni i ogólnie zieleni. Aby odgonić od siebie ukrop, kupiłem sobie zestaw przetrwania, o taki
Składający się z płatowego wachlarza uchiwa (czyt. ućiła), który w szesnastym i siedemnastym wieku przyczynił się do popularyzacji drzeworytów, naklejanych na bambusową jego ramę, oraz ręczniczka tenugui, wąskiego paska bawełnianego materiału z nadrukowanym wzorem. We wcześniej wspomnianym katalogu symboli złote rybki (we wzorze tradycyjnie czerwone i czarne) symbolizują gorące lato, czas festiwali, gdzie można próbować wyłowić je z wody za pomocą papierowej paletki- podbieraka, ale i chłód wody, w której pływają- stąd też mój wybór. Wachlarzem chłodzę zarost, ręczniczek zbiera pot z karku, i dzięki temu bez większych męczarni poruszam się w tokijskim ukropie.

1 komentarz: