środa, 21 sierpnia 2013
Pierwszy dzień w Tokio, naznaczony zmęczeniem i ukropem.
Polskie przyzwyczajenia dają o sobie znać- odesłany przez bagażowego, jako że przyszedłem na przystanek autokarowy za wcześnie i tak wróciłem dziesięć minut przed czasem i piekłem się na parze na ławce, zostawiając po sobie mokre ślady na plastkikowych szczeblach, jakich nie powstydziłby się ziomek mój zgłebiowski, czeladzki utopiec (NIE będziński, jak podają niektore wątpliwe źródła pisane). Oczywiście wóz przyjechał o czasie, co do minuty.
Temperatura powietrza: prawie 33 stopnie. wilgotność powietrza : prawie jak w saunie
W autokarze siadają obok mnie dwie młode amerykanki, wiosen, na oko, około dziewięć. Ich odgłosów chichrania, mlaskania, bekania i puszczania bąków nie zagłusza nawet Zdzisława Sośnicka w adaptacji piosenki Roda Stewarta, pod polskim tytułem "nuda".
Właśnie, nuda. Pannice "chcą rozrywki", na hasło "Mamo, zagrajmy!" dostają każda po tablecie, poczem i trą niemiłosiernie ekrany, na wyścigi pacykując dziewczynę z aplikacji. Ten naród zmierza ku własnej zgubie.
Nie mam siły na krucjaty przeciw pauperyzacji, dlatego Zdzisława jeszcze głośniej zaprasza mnie do siebie na seksy, a ja patrzę w okno.
Jedziem w stronę stolicy
A tam, zaraz obok płyty lotniska, czeka na mnie japonska zieleń. Zieleń która kipi, wzdyma się i pochłania wszelki beton miękkim dywanem liści, gałęzi i pnączy.
Między tą wielofakturową kipielą、 wysepki jakby przystrzyżonych pod linijkę pól ryżowych, o ciepłym, seledynowym kolorze.
Japonia jeszcze przed żniwami.
W zieleni brodzi też miasto, które szybko zaczyna szczeżyć zęby grzbietami budynków wszelkiej maści. Szarawe elewacje tworzą kolejne nibygórskie pasma.
Miasto zbliża się.
Tutaj nie ma kontekstu architektonicznego, jaki znamy na starym kontynencie, nie widać co tu jest plombą, na stare wciąż nakłada się nowe, lśniące coraz gęstsze koronki. Mimo raczej wąskich ulic, przypominających wąwozy, wśród wysokich budynków prawie zawsze przy jezdni stoją szpalery drzew- wiśni lub miłorzębów; przyciętych, a nie okaleczonych, jak czasami u nas.
I tak, patrząc na to wszystko nitką drogi szybkiego ruchu wjeżdżam w kłębek miejskich arterii- wznoszących się na słupach, opadających, skręcajacych, przeplatających się, tłoczących ruch samochodowy w tkankę miasta. Ja za to zostaję wtłoczony w podcienia Hotelu Intercontinental, gdzie obsługa w liberii prowadzi mnie, objuczonego dwoma walizami, do budki telefonicznej, skąd dzwonię do biura po odbiór.
W biurze od razu zauważają, że dwie sztuki bagażu to sporo. Prawie pęka mi żyłka, no bo kto mówił o zabraniu koszulek i bielizny w większej ilości, no kto? Jeden z uczestnikow przywiózł puzon (ha!, już słyszę zachwyty nad moim monodycznym przy- śpiewem na przyjęciu pożegnalnym), a ja za to parę oficerek, i surdut od stroju ludowego, co nieco z czekoladek i dwie paczki kukułek i raczków, po kilo każda. Po wysypaniu na stół kukułek nikt już do kwestii bagażu nie wraca, a rozmowa krąży wokół różnic między wierenikami i pierogami (kwestia pozostaje nierozstrzygnięta), nauki japońskiego jako języka obcego, braku sieci bezprzewodwej w hostelu no nieeee…) i nagle okazuje się, że mamy wspólnych znajomych, studiowaliśmy w tym samych miejscach i robi się bardzo swojsko. Japonia zbliża ludzi.
Chyba Lafcadio Hearn napisal, zę Japonia jest jak bambus, z wierzchu błyszcząca, a w środku pusta. I to chyba dobrze, że tak jest, bo można tę wolną przestrzeń zagospodarować i sobą wypełnić.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz